Będą to wakacyjne opowieści o Nadarzynie, łowisku w Walendowie, karpiu z Karpika, wyprawie pana Niemcewicza, którą opisał w swoich pamiętnikach, a na koniec o tragicznej wyprawie na jagody. Nie zadbam o chronologię zdarzeń, bo w wakacje zapominamy o chronologii w Historii.
Karp w Karpiu i Karpiku
Nadarzyn, miasto warte odwiedzenia w wakacje, popatrzcie na mapę i wyznaczcie trasę wycieczki. Bo nie tylko warto zobaczyć Nadarzyn, ale też okoliczne miejscowości. A w porze obiadowej koniecznie zatrzymać się w Walendowie na smażoną rybę - karpia, pstrąga i suma, i co tam jeszcze kuchnia proponuje. Ja zawsze zamawiam jeszcze na przystawkę karpia w galarecie, a galareta w kolorze limonki. Tak przyrządzonych ryb nigdzie nie zjecie. Obok baru Karp i Karpik stawy hodowlane. Firma istnieje od ponad 40 lat i od początku miała ogromne powodzenie wśród smakoszy ryb.

Historia okolic też warta poznania, czyli jak zniknęły ryby z mazowieckich stawów
Jak już jesteśmy w temacie ryb i łowisk, których w tej części Mazowsza sporo, to opowiem o roku 1916., był to czas, w którym trudno było o ryby. W Warszawie kupienie żywej ryby na bazarach graniczyło z cudem. Za mięso trzeba było zapłacić rubla za funt i tanie ryby rozwiązałyby problem, ale ryb, mimo licznych łowisk było mało. W prasie czytamy: ryby mogą skutecznie konkurować z mięsem, bo smacznie przyrządzona ryba zastąpi krowinę i wołowinę z korzyścią dla organizmu. Powodem tego rybnego kryzysu była oczywiście wojna i wycofujące się z terenów np. Nadarzyna wojska rosyjskie. W wielu stawach spuszczono wodę i wybrano ryby, strzelano też do ryb jak na polowaniu. Ogłuszano ryby petardami i wybierano je sieciami z wody. A jak się nie udało wybrać ryby ze stawów, to truto te co tam pozostały. Rosjanie zniszczyli też różne urządzenia techniczne, w które były wyposażone gospodarstwa rybackie. Przed wojną dostarczano do Warszawy bardzo dużo ryb, ale przed 1916 r. większość gospodarstw rybnych uległo zniszczeniu. Bardzo ucierpiały doskonale zorganizowane gospodarstwa rybne w Pęcicach pana Antoniego Marylskiego – Łuszczewskiego, Falenty Seweryna ks. Czetwertyńskiego. Wymieniano też w temacie zniszczeń Mosznę pana Nasierowskiego, Brwinów p. Kowalskiego, Walendów sióstr Magdalenek tych koło Nadarzyna i Grzegorzewice Stefana Kuszla. Wojna jeszcze trwała i trudno było się spodziewać odbudowy łowisk i też uruchomienie sprawnego dowozu ryb do Warszawy, bo odbywał się jedynie końmi. Łowiska zamierały, bo też trudno było kupić narybek. Prusacy pozwolili w końcu jechać po narybek do Austriaków, którzy mniej ucierpieli w czasie wojny. Czy po wojnie wszystko wróciło do stanu sprzed, pewnie tak. Ryby, szczególnie karp, który był przeważnie w wymienionych tu łowiskach hodowany jest do dziś poszukiwany.
Cofnijmy się do roku 1811: nocleg pod gruszą
Wybrał się na początku wieku XIX do Krakowa pan Julian Ursyn Niemcewicz, sławny polityk, pisarz, poeta i dramaturg. Wyruszył w swoją podróż z Warszawy i nieco pobłądził. Chyba na szczęście dla nas, ciekawych tego co zobaczył i potem umieścił w licznych swoich dziełach. Znużony zatrzymał się w Nadarzynie. Tak to opisał:

„..w wieczór zatrzymałem się w Nadarzynie. Tam pytając o drogę do Warki lub Białobrzegów, odpowiedziano mi, że nie na Nadarzyn, lecz na Tarczyn i Piaseczno należałoby mi było jechać, i żem więcej mili zbłądził z drogi.”
I dalej:
„Długo przejeżdżamy przez obszar pól, wioski murowanej porządnie, należące do wojewody Sobolewskiego, kiedy około jedenastej w nocy przybyliśmy do Parola, wsi porządnej, lecz na żadnej nie będącej trasie (dziś wieś w gminie Nadarzyn, powiat pruszkowski). Karczma była napełniona parobkami. Co po pracy całodziennej koło kośby, pocieszali się genstemi gorzałki kieliszkami; piosenka zapewne jeszcze za czasów księstwa mazowieckiego śpiewana, brzmiała we wszystkich ustach. Nie chciałem tej wesołości przerywać.”
Postanowiono udać się do młyna, tu okazało się, że to zbłądzenie było celowe, ukartowane, wymyślone przez Macieja, pierwszego ministra pana Niemcewicza, bo młynarz był Macieja rodzonym szwagrem i przyjacielem. Spanie w ładnej izbie było niemożliwe, bo była pełna much, pościelono mu na powietrzu pod gruszą a tu:
„ ...w sąsiedztwie rozmaitych bydląt domowych, nieproszone wizyty świń i krów, wymykających siano spode mnie. Nie dały mi oka zmrużyć”
Ruszyli w drogę porankiem i patrzyli na zrujnowane wojnami wsie i miasteczka. Był to rok 1811, te ruiny to były pozostałości po wojnach, które tu się toczyły.
A ja sobie wyobraziłam tę karczmę pełną śpiewu w gorący lipcowy wieczór i tych ludzi, co ciężko pracowali, aby chleba nie zabrakło.
Życie za jagody, czyli tragiczny finał leśnej wyprawy
Pod Nadarzynem mnóstwo miejsc dla letników z Warszawy. Kto lubi las, jagody i grzyby to chętnie tu przyjeżdża. Wybrała się też pani Dobrzańska, a że lubiła zbierać jagody, to wzięła do lasu garnuszek i pełen jagód nazbierała. Spotkała po drodze pana gajowego Paluszkiewicza, który zabrał jej garnuszek z jagodami. Niewzruszony płaczem pani Dobrzańskiej odszedł w siną dal. Pani Dobrzańska wróciła do domu, wszystko opowiedziała mężowi. A ten mąż był człowiekiem mściwym. Podkradł się pod chatę gajowego Paluszkiewicza, stanął w oknie i strzelił. Paluszkiewicz padł trupem. Nie od razu złapano zabójcę. Ujęto go koło granicy sowieckiej. Uciekał, bo chciał uniknąć odpowiedzialności. Skazano go w sądzie okręgowym na ...3 lata więzienia. Jaki morał z tego? Może taki, że wyprawa na jagody do lasu pod Nadarzynem może się źle skończyć, a kara za zabicie gajowego dziwnie niewielka, ciekawe dlaczego. Takie czasy. Historia ta wydarzyła się naprawdę i została umieszczona w notatce w dzienniku Robotnik z września 1926 r.
W drugiej części wakacyjnych opowieści o Walendowie i Nadarzynie opowiem o właścicielach tych okolic, pożarach, o bandycie Białołebie i Ludwiku Hirszfeldzie co się urodził w Nadarzynie




Napisz komentarz
Komentarze