Okolice Nadarzyna warte wakacyjnych opowieści. Od stuleci jest tu raj dla wędkarzy, bo stawów i stawików tu dużo, a w nich ryb do położenia na eleganckie półmiski pod dostatkiem i też tych co można je nadziać na patyk i wieczorową porą, gdy na leśnych polanach dużo tu w końcu czerwca i na początku lipca robaczków świętojańskich, usmażyć nad ogniem i do świtu posiedzieć. Kto tu kiedyś dbał o te stawy, o te lasy opowiem.
Powstańczy szlak przez Walendów
Ilekroć przebywam w tych okolicach przypomina mi się opowieść Bohdana Szermera, który brał udział w bitwie pod Pęcicami w czasie powstania warszawskiego. Tragiczna bitwa, w której zginęło wielu powstańców, wielu też zostało w parku pęcickim rozstrzelanych przez Niemców rozegrała się 2 sierpnia 1944 r. Ci co przeżyli tę bitwę i mogli się spod Pęcic wycofać, doszli do Walendowa, to była duża grupa powstańców, około 200 osób. Tak o tym opowiadał Szermer, który jako jeden z niewielu miał broń, zdobyczny belgijski erkaem:
„Dołączyliśmy do oddziału, oddział się jako tako organizował. Skrajem lasów doszliśmy najpierw do miejscowości Derdy. To była chyba jakaś placówka zakonna. Tam króciutki postój. Poradzono nam, żeby przejść do Walendowa, bo on troszkę dalej od szosy był, tam bezpieczniej będzie. Przeszliśmy do Walendowa, wtedy cały czas się trzymałem blisko dowództwa, bo erkaem to już była pewna siła ognia. Jak podchodziliśmy do skraju lasu czy gdzieś, to stanowisko jakieś znajdowałem. „Szczapa” był wtedy moim amunicyjnym z jednym magazynkiem rezerwowym, bo drugi był w erkaemie. Tak żeśmy się dołączyli.
W Walendowie jako tako to zorganizowano, dostaliśmy oczywiście obiad u sióstr, troszkę się niektórzy osuszyli. Kapitalnie było, bo nie mieliśmy żadnych nakryć głowy, a deszcz padał cały czas. Siostry się ulitowały, dały swoje furażerki czy inne nakrycia głowy. Okazało się, że były niestety farbowane i fioletowe. Wszyscy potem byli w paski. Byłem przemoczony kompletnie. Miałem cebulę, zegarek w kieszonce, to woda była pod szkłem. Otworzyłem, zacząłem wodę wytrząsać. Wytrząsałem, wytrząsałem, ale chodzić nie chciał. Schowałem go. Nocą też deszcz padał, jak żeśmy szli przez Mroków, jeszcze Złotokłos chyba. Dookoła Lasów Chojnowskich. Wzięli jakąś podwodę, na tę podwodę załadowali niektóre rzeczy, trochę amunicji, dwie osoby ranne i tak nocą żeśmy się ciągnęli.”
Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i pomoc potrzebującym

Ten powstańczy epizod przypomniał mi jak wiele lat temu wybrałam się z Piaseczna, aby obejrzeć zakon i klasztor pod Walendowem. Jakoś wtedy źle wytyczyłam szlak wycieczki, długo szłam lasami i bardzo znużona dotarłam do klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Byłam ciekawa jak wygląda to miejsce, którego mieszkanki wykazały się odwagą w czasie wojny i chęcią niesienia pomocy powstańcom i ludności cywilnej wypędzonej z Warszawy i przebywającej w koszmarnym obozie w przejściowym w Pruszkowie. Widocznie od zawsze siostry miały zwyczaj karmienia podróżnych, bo zaraz, jak tylko usiadłam na ławce, przyszła zakonnica i zaprosiła mnie na herbatę. Historia zakonu i klasztoru w tych okolicach, początek ma w Derdach i Walendowie, tak można o tym przeczytać na ich stronie:
”Hrabia Gustaw Przeździecki, widząc dobrze rozwijający się dom w Derdach (ok. 2 km od Walendowa), podarował również Zgromadzeniu w 1896 roku folwark Walendów (dom mieszkalny, zabudowania gospodarcze, młyn, stawy i 575 morgów ziemi). Zamieszkały w nim dwie lub trzy siostry, które doglądały gospodarstwa, ale podlegały przełożonej w Derdach (dzisiaj część miejscowości Łazy). Aktem notarialnym majątek ten został przepisany na Zgromadzenie dopiero w styczniu 1908 roku, jednak pod warunkiem opuszczenia Derd w ciągu trzech lat. Dlatego w tym samym roku siostry w Walendowie rozpoczęły budowę zakładu, do którego w roku 1913 przeniosły się z Derd wraz z wychowankami. Budowa klasztoru trwała jeszcze kilka lat ze względu na brak funduszy, a potem pierwszą wojnę światową. Siostry wprowadziły się do niego dopiero po pierwszej wojnie światowej”
Z mojej wycieczki z lat 70. XX w. pamiętam niezwykły spokój jaki panował w tym miejscu, wręcz magiczną atmosferę. I jakąś niezwykłą regenerację sił po ciężkiej wędrówce.
Walendów i jego właściciele
Cofnijmy się o kilka dziesięcioleci i sprawdźmy do kogo należał Walendów oraz co wchodziło w skład majątku
Miasto Nadarzyn w 1867 r. z wsiami Walendów, Paszków, Wolice, Kajetanów, do których to dóbr należały jako przyległości: folwark nowo erygowany Cesin oraz Lipnik, młyn wodny Konopka i wiatrak Marynin. Wszystko to w okręgu błońskim powiecie Warszawskim było poddane licytacji. W 1874 r., pewnej soboty w Nadarzynie ksiądz Krupiński dał ślub młodej parze, panu Albertowi Krasnodębskiemu i pannie Cecylii Krasnodębskiej. I tu praca dla genealogów, którzy chcieliby się zająć koligacją rodzinną tej pary z Jakubem Krasnodębskim. Takie wakacyjne zadanie domowe.
31 stycznia 1895 r. pojawiła się informacja, że po kilku latach stabilizacji w/w majątek znów poddany jest licytacji jako mienie spadkowe po Jakubie Władysławie Krasnodębskim, informacji w tej sprawie udzielał Albert Krasnodębski. Dobra Walendów, bo każdy folwark był licytowany oddzielnie, nabył hr. Gustaw Przeździecki. To było wówczas 892 morgi z tego 38 zarybionych stawów i budynki, poza tym 135 morgów lasu, rzeka, podkład torfowy, młyn wodny amerykański, pacht, czyli dzierżawa, letnie mieszkania, pasieka szparagarnia, dwór piętrowy murowany, 8 dużych budynków murowanych, 5 drewnianych, 93 sztuki inwentarza żywego. Licytacja zaczynała się od 60 tys. rubli.

Pożar i problemy majątku Krasnodębskich przed licytacją
W roku 1881 z niewiadomych przyczyn pożar obrócił w perzynę wszystkie zabudowania w Walendowie. Przyczyna pożaru była niewiadoma. Najprawdopodobniej ktoś podpalił budynki. Krasnodębscy, ówcześni właściciele majątku, energiczni i dbający o swoje dobra gospodarze, słynęli z tego, że gdy w okolicy szalał pożar chętnie udzielali pomocy w gaszeniu płonących zabudowań, pomagali pogorzelcom. Tym razem było małe zaangażowanie pomocników, bo warunki były złe, bo jeśli ktoś podpala we wrześniu folwark, to tylko znaczy tyle, że chce aby straty były dotkliwe. Czy ten pożar był krokiem do sprzedaży majątku?
Pytanie: Czy bandyta przyspieszył sprzedaż majątku w Walendowie?
Albert Krasnodębski informował w 1894 r., że w okolicy działał niebezpieczny opryszek. Herszt bandy Białołeb. W maju w/w roku skradziono ogrodnikowi Rudolfowi Handke wóz wartości 50 rs. Po jakimś czasie skontaktował się z nim niejaki Zwieszkowski i oznajmił, że wie gdzie jest ten wóz, ale wskaże miejsce gdy ogrodnik zapłaci 10 rs. i przysięgnie, że nikomu nie powie w jaki sposób znalazł wóz. Wóz się znalazł, ale gospodarzom dalej ginęły cielęta, konie i krowy. W końcu zrobiono obławę na złodziei, w trakcie której mocno pobito niejakiego Flisa. Wtedy ogrodnik zdradził kto mu powiedział, gdzie jest wóz. Okazało się, że ten Zwieszkowski to Białołeb. Bandyta groził rodzinie ogrodnika, że pozabija mu dzieci. Okaleczył karbowego, obciął mu nos, tylko dlatego, że ten służył w Walendowie. Handke uciekł z całą rodziną, a służba folwarczna odmawiała pracy. W końcu aresztowano Białołba w Tarczynie. W rok później Krasnodębscy sprzedali cały majątek, nie tylko Walendów. Walendów przeszedł w ręce hr. Przeździeckiego (1850 - 1909).



Napisz komentarz
Komentarze