Trzech mieszkańców gminy Brwinów wyruszyło na Svalbard. Morsowanie w Arktyce, skutery śnieżne i noc polarna na końcu świata.
Z Brwinowa na koniec świata
6 lutego 2026 roku opublikowano relację z niezwykłej wyprawy Daniela Wylota, Jacka Czajkowskiego i ich przyjaciela. Ich celem był Svalbard – norweski archipelag daleko za kołem podbiegunowym, znany z surowej przyrody, lodowatych wód i krajobrazów przypominających inną planetę.
Droga była długa: start w Brwinowie, lot z Gdańska, przesiadki w Oslo i północnej Norwegii, aż wreszcie lądowanie w Longyearbyen – najbardziej na północ wysuniętym miasteczku świata. W środku dnia panował półmrok, wszystko przykrywała gruba warstwa śniegu, a cisza była niemal absolutna. To tam zaczyna się prawdziwa północ.
Morsowanie w Arktyce
Jeszcze tego samego dnia trzech brwinowskich morsów ruszyło do portu. Czekała na nich pływająca sauna na wodach Morza Grenlandzkiego – jedyne miejsce w okolicy, gdzie podczas nocy polarnej można bezpiecznie zanurzyć się w lodowatym morzu.
Woda miała około zera stopni. Po rozgrzaniu w saunie przyszedł moment wejścia do morza. Najpierw szok, szybki oddech i napięcie, a po chwili spokój. Cisza, ciemność i świadomość obcowania z naturą w jej najczystszej postaci. Kilka takich wejść i wszyscy byli zgodni – morsowanie w Arktyce to zupełnie inny wymiar tej praktyki.
Skuterami przez bezkresną biel
Największa przygoda czekała następnego dnia. Po krótkim szkoleniu trójka z Brwinowa wyruszyła w około 60-kilometrową wyprawę skuterami śnieżnymi w stronę punktu widokowego Elveneset. Sześć maszyn, przewodnik i broń na wypadek spotkania z niedźwiedziem polarnym – poza osadami człowiek nie jest już na szczycie łańcucha pokarmowego.
Początkowo widoczność była ograniczona, lecz gdy chmury zaczęły się rozrywać, odsłoniły monumentalne góry w odcieniach szarości i błękitu. Przestrzeń wydawała się nieskończona, a ciszę przerywał jedynie dźwięk silników. W trakcie wyprawy udało się zobaczyć arktyczne renifery, spokojnie szukające pożywienia pod śniegiem. Niedźwiedź polarny się nie pojawił, ale sama myśl o jego obecności dodawała emocji.
Arktyczna codzienność i dramatyczny powrót
Po powrocie przyszedł czas na poznanie życia w Longyearbyen oraz w okolicach stacji naukowej Ny-Ålesund. Była kawa po mroźnym spacerze, wizyta w kawiarni z emerytowanymi psami husky i chwila refleksji przy dawnych konstrukcjach górniczych. Szczególne wrażenie zrobił miejscowy kościół – otwarty całą dobę, ciepły i przyjazny, będący centrum spotkań mieszkańców.
Powrót z Arktyki okazał się równie emocjonujący. Zamieć śnieżna sparaliżowała lotnisko w Longyearbyen. Jeden samolot krążył nad miastem i jako jedyny tego dnia zdołał wylądować. Po długim odladzaniu maszyna wystartowała w kompletnych ciemnościach i silnym wietrze. Dopiero na wysokości sytuacja się uspokoiła. To była ostatnia lekcja północy – tutaj natura decyduje o wszystkim.
























Napisz komentarz
Komentarze