To moja pasja

399

Start Remigiusza Gołębiowskiego w mistrzostwach świata w zimowym pływaniu w Murmańskim zakończył się sukcesem. Porozmawialiśmy z trenerem UKS Kapry-Armexim Pruszków o wrażeniach z imprezy i pracy trenera.

 

Woda w Murmańsku była zimna?

Woda miała ok. 0,6 °C, choć podczas rozgrzewki dzień przed zawodami, albo raczej aklimatyzacji, mój kolega Peter Stojchev, mistrz świata na 1 km, zmierzył i wyszło mu 0,3°C. Jakby nie patrzeć – zimna. Choć adrenalina nie pozwalała tego czuć podczas zawodów.

Wrócił pan z Rosji jako mistrz świata. Jak wyglądała walka o zwycięstwo?

Walka o zwycięstwo zawsze rozpoczyna się od postawienia sobie celu. Bez tego nie osiągniemy nic. Moja zaczęła się, jak szef ekipy Leszek Naziemiec zaproponował mi start na 1 km. Oczywiście już wcześniej morsowałem i trenowałem, ale dla siebie. Jak postawiłem sobie cel, zacząłem pracować nad startem dość profesjonalnie i z głową. Podszedłem do siebie jak trener. To pozwoliło mi osiągnąć takie wyniki. Zawsze w mojej karierze ten tytuł był moim marzeniem, teraz postawiłem sobie za cel zdobycie go. To takie trochę matematyczne równanie: marzenie plus cel plus (determinacja plus determinacja plus zawzięcie) równa się wynik.

Do swojej kolekcji dorzucił Pan srebro w sztafecie. Nic tylko się cieszyć.

Srebro w sztafecie to mój najcenniejszy kruszec, bo z mistrzostw świata i z drużyną. Czwarta zmiana to niełatwa sprawa w sztafecie. Zwłaszcza, jak tyle osób na ciebie liczy. Stres mocno dał mi się we znaki, ale to pozytywny stres, potrzebny przed startem. Dawno go nie czułem. W końcu reprezentowałem nasz kraj. Dodam, że reprezentacja Polski w klasyfikacji medalowej zajęła 1. miejsce.

Blisko 33 minuty spędził Pan w wodzie o temperaturze ok. 0 stopni Celsjusza. Na samą myśl człowiek ma gęsią skórkę… A Pan pewnie powie, że to przyjemność…

Jak Pan zapyta himalaistów, po co wdrapują się na ośmiotysięczniki, powiedzą to samo – pasja. Ze swojego ciężkiego sportu zrobiłem pasję. Wszystko wokół tego się kręci. Moja praca to pasja, moje treningi to pasja, zimna woda no… pół pasja (śmiech). Kocham pływanie od A do Z, a temperatura wody dla mnie już nie ma znaczenia. Te 33 minuty to 13,57 na 1 km (najcięższy dystans), do którego podszedłem najdokładniej i najdłużej się przygotowywałem. Reszta to zabawa, zwłaszcza 50-tki. Byłem sprinterem, tu mi nic nie doskwierało poza zmęczeniem, bo to beztlenowy wysiłek – zwłaszcza w takiej wodzie. W takich warunkach nie można trenować jak na normalnej pływalni. Dla przykładu, na dystansie 1 km mózg wyłącza duży obieg krwi i pracuje tylko mały. Dla mózgu to zagrożenie życia, a my musimy jednak walczyć o swoje.

Wrócił Pan do kraju i do codziennych obowiązków. Jak Pana sukces odebrali podopieczni z UKS Kapry-Armexim Pruszków?

Pogratulowali mi, oglądali medale, ale to nie jest dla mnie najważniejsze. Wolałbym, aby te medale pokazały im, że warto trenować oraz mieć cele i marzenia. W moich filmach zadedykowałem te krążki mojemu synowi, bo wspieram go w treningach. Tu ciekawostka – pływanie jest drugim najcięższym sportem na świecie. Wiem, jaki to ciężki kawałek chleba. Ale tak jak mówiłem – chciałbym, aby te medale były dla moich zawodników celem i przykładem, że można. Tylko trzeba chcieć i wierzyć.

Jak ocenia Pan występ swoich zawodników w Pucharze Polski w Lublinie? Dali z siebie 100%?

Byłem i jestem zawodnikiem. Zawsze wiem, że sportowcy podczas startu robią wszystko, aby osiągnąć najlepsze wyniki. Dlatego nienawidzę kanapowców, nie myślę o kotach, którzy potrafią z taką łatwością oceniać czy krytykować zawodników na igrzyskach, mistrzostwach świata bądź Europy. Oni robią, co mogą, żeby być jak najlepsi. Jestem po to, aby wychwycić błędy, powiedzieć, co zepsuli co zrobili dobrze, pochwalić czy skrytykować, ale na końcu przedstawić dobre rzeczy. Wyniki są coraz lepsze, każdy z nich poprawił się na choć jednym dystansie, a to zawsze mały krok do tego celu, o którym rozmawialiśmy.

Jakim jest Panem trenerem? Ostrym czy raczej spokojnym?

Nie jestem najlepszym adresatem tego pytania, ale jeśli mam odpowiedzieć, to na treningach czasami tyran, na zawodach ktoś, kto wspiera. Po treningach oddałbym życie za nich. Nie jestem z tej szkoły, w której trener jest kolegą. Raczej ma być autorytetem, a z drugiej strony ma mieć posłuch. Ktoś kto zacznie się kumplować z zawodnikami i będzie się bał podnieść na nich głos, nie osiągnie zamierzonego celu. Mój trener rzucał we mnie, czym się dało, krzyczał, ale zawsze był za mną. Dziś jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, za to mu dziękuję. Mam nadzieję, że moi podopieczni też będą mnie dobrze wspominać, pomimo tego, że czasami jestem bardzo ostry.

Na koniec jeszcze raz chciałbym serdecznie podziękować ludziom, którzy złożyli się na mój wyjazd. Spełniliście moje marzenie, a ja osiągnąłem cel. Niestety, ale to nie wszystko. Za rok chcę być jeszcze lepszy!