Medale zwiększyły apetyt

123

Pięciobój nowoczesny łączy w sobie pięć dyscyplin – szermierkę, pływanie, jeździectwo, bieg przełajowy oraz strzelanie. Marta Kobecka (UKS Kapry Armexim Pruszków), która w tym roku sięgnęła po akademickie mistrzostwo świata, opowiada nam o dyscyplinie, treningach, sukcesach i planach.

Cały dzień rywalizacji, pięć różnych konkurencji – po zakończeniu zawodów chyba naprawdę nic się nie chce?

Na koniec dnia czuje się ogromne zmęczenie ale i satysfakcję. Gdy kończymy zawody wieczorem, często jeszcze w nocy, nie schodzą emocje i resztki adrenaliny przyćmiewają ból wymęczonego organizmu. Następnego dnia wszystko czuć. W nogach, rękach… we wszystkich mięśniach. Również psychicznie zawody są mocno obciążające, ponieważ rywalizacja trwa cały dzień – wciąż trzeba być skupionym i zmotywowanym do walki. Często też po jednym starcie czeka nas następny np. w sztafecie, więc nie można sobie pozwolić na odpoczynek. Zaczynamy zwykle o ósmej rano, kończymy o ósmej wieczorem. Nie można powiedzieć, że jest lekko… ale na pewno ciekawie (uśmiech).

W której konkurencji czuje się Pani najlepiej, a w której najgorzej?

Myślę, że najwięcej przyjemności sprawia mi szermierka. Wolę techniczne dyscypliny i w nich czuję się najlepiej. Ale nie dyskryminuję dyscyplin wytrzymałościowych. Najbardziej jednak muszę popracować nad biegiem. Po licznych modyfikacjach pięcioboju nowoczesnego, bieg zyskał bardzo na wartości i trzeba być w nim na wysokim poziomie aby móc powalczyć w czołówce.

Rok 2018 jest znakomity w Pani wykonaniu. Złote medale zdobyte w Budapeszcie i Drzonkowie zwiększyły apetyt, a może zaspokoiły głód?

Zdecydowanie zwiększyły apetyt. W tym roku skończyłam już studia architektury krajobrazu i w związku z tym mogłam bardziej poświęcić się treningom. Szybko przyszły rezultaty, więc to dobry prognostyk i nadzieja, że to dopiero początek.

Cel jest jeden – igrzyska olimpijskie.

Tak, myślę, że to główny cel każdego sportowca. Ale na drodze do osiągnięcia tego najważniejszego jest też dużo pobocznych, mniejszych ale równie ważnych zadań do zrealizowania.

Pięciobój jest różnorodny, a więc trening też musi taki być. Jak wyglądają Pani codzienne zajęcia?

Każdy dzień jest trochę inny, ale zwykle mam cztery treningi dziennie. Jak jeszcze studiowałam, to prawdę mówiąc taki dzień był trudny do opisania. Mocno zakręcony, intensywny i często, aby wyrobić się ze wszystkim, płaciłam godzinami snu. Ważnego elementu dla sportowca, jakim jest odpowiednia regeneracja. Treningi rano, jak jeszcze wszyscy śpią, treningi późno wieczorem, jak już wszyscy śpią, treningi między zajęciami. Teraz, jak już nie muszę siedzieć po osiem godzin na uczelni i robić po nocach projektów, jest znacznie łatwiej. Rano zazwyczaj wykonuję trening pływacki i strzelecki. Popołudniu kolejne dwa, zwykle z zestawu: bieg, konie bądź szermierka. W tygodniu wychodzi ok. 20 jednostek treningowych.

Sport jest Pani pasją, ale ważne miejsce zajmuje również nauka. Czy to wszystko można w naturalny sposób pogodzić?

W naturalny sposób raczej nie (uśmiech). Niektórzy koledzy i koleżanki ze studiów mówili, że jestem maszyną. Na pewno mój organizm przez te pięć lat studiów musiał przyzwyczaić, przy deficycie snu, efektywnie pracować mózgiem i wykonywać mocne treningi. Aby pogodzić taki absorbujący sport i dosyć ciężkie studia musiałam mieć sporo wyrzeczeń. Oprócz snu płaciłam też czasem wolnym dla znajomych i rodziny. Na pewno nie zasmakowałam zbytnio typowego studenckiego życia ale myślę, że uczestnictwo w AZSie i akademickich imprezach sportowych trochę mi to zrekompensowało.

Ponoć ma Pani wolny czas? To możliwe?

Tak, tylko może mam trochę inną definicję „czasu wolnego”. Starałam się zawsze z doby wyciągać jak najwięcej i nawet w tym natłoku obowiązków znajdywałam czasem chwile dla siebie. Miałam też w zwyczaju łączyć pojęcia „czasu wolnego” z „obowiązkiem”. Gdy miałam np. trening biegowy, który polegał na długim wybieganiu, obdzwaniałam moich znajomych, aby z nimi porozmawiać. Biegłam i jednocześnie mogłam pogadać z moją przyjaciółką. Spotkania z grupą projektową, z którą robiliśmy zadanie na studia, traktowałam jednocześnie jako spotkanie towarzyskie. Oczywiście zdarzało się czasem też tak, że udawało mi się wychodzić normalnie ze znajomymi. Jestem miłośniczką teatru, więc często wykradałam trochę czasu, aby móc wyskoczyć na jakiś spektakl.

Pruszków – to Pani miejsce na Ziemi?

To na pewno moje rodzime miejsce. Mam duży sentyment do tego miasta. Jednak jako sportowiec dużo podróżuję i spędzam czas na licznych zgrupowaniach. Prowadzę trochę koczowniczy tryb życia i szybko aklimatyzuję się w nowych miejscach. Nie mam miejsca na Ziemi, mam dużo porozrzucanych różnych punktów. Pruszków jednak zawsze będzie dla mnie domem.