Śmierć racjonalizatora

123

Genialnie wymyślony plan urbanistyczny miasta, opracowany w XIX wieku, swoją wzorową funkcjonalnością sprawdza się do dziś. Intrygująco ciekawe obiekty budowane z czerwonej cegły powodują, że po Żyrardowie spaceruje się z dużą przyjemnością, a do tego dochodzi jeszcze ta wartość najwyższa: niesamowicie ciekawa historia. Historia budowy miasta przemysłowego i historia rodzin, kilku pokoleń związanych z tym miejscem. Jeśli jeszcze do tego dowiadujemy się, że ten interesujący XIX-wieczny zespół urbanistyczny miasta zachował się w 95%, jako jeden z niewielu w Europie, i niektóre domy nie zmieniły swojego pierwotnego przeznaczenia, to już jest ostateczny argument, żeby koniecznie do Żyrardowa przyjechać i zwiedzić jego zabytki.

Takim obiektem zachowanym do dziś jest na przykład ochronka, zbudowana dla dzieci pracowników fabryki lnu, która dziś, nieco rozbudowana, pełni rolę przedszkola. Filip de Girard, który w latach 30. XX w. przeniósł z Marymontu do Rudy Guzowskiej mechaniczną fabrykę wyrobów lnianych, może spoczywać w spokoju. Nie dość, że miejsce zyskało nazwę od jego nazwiska, to powstała tu wokół fabryki niezwykła aglomeracja, podzielona przez urbanistów na strefę pracy, mieszkania i wypoczynku. Swoją opowieść zacznę od 1927 r. czyli od momentu, w którym to, co dobre, już się w Żyrardowie wydarzyło.

Rozenkranc i Gildenstern z Żyrardowa

Wydarzenia kilku lat (1927-1932) w Żyrardowie są tak zdumiewające i jednocześnie przerażające, że może warto je przypomnieć, tak ku przestrodze. Bo żywo przypominają „drapieżny kapitalizm”, jaki niewątpliwie miał miejsce jeszcze całkiem niedawno w Polsce.

W książce Pawła Hulki-Laskowskiego „Mój Żyrardów” o podtytule: „Z dziejów polskiego miasta i życia pisarza” czytamy: „Od roku 1927 coraz częściej powtarzano imiona dwóch nowych władców Żyrardowa: Koehlera i Waśkiewicza. Dwa te imiona zrosły się z sobą tak ściśle, że gdy się powiedziało Koehler, to echo niby myśl natrętna dopowiadało: Waśkiewicz. To kazał zrobić Koehler, tamto zarządził Waśkiewicz. Coś podobnego jak w »Hamlecie«: Rozenkranc i Gildenstern. Aby żadnego z tych dworaków nie urazić, król mówił: „Dzięki ci, panie Gildenstern i tobie Rozenkranc”, a królowa: „Dzięki ci, panie Rozenkranc i tobie Gildenstern”. Sprowadzano z zagranicy nowych urzędników, tak zwanych asów przemysłowej i handlowej reorganizacji i racjonalizacji. Przyjeżdżał taki pan Pfau. Sześć tysięcy miesięcznie, wspaniała willa, świadczenia wszelkiego rodzaju”. Rzecz w tym, że pan Pfau nie był specjalistą od czegokolwiek, z czym była związana działalność fabryki, w której go zatrudniono. Dlaczego dyrektor zatrudniał tego typu „specjalistów”?

Specjaliści od racjonalizacji

Dyrektor generalny Zakładów Żyrardowskich, największej fabryki lniarskiej w Europie, Gaston Koehler-Badin został zatrudniony na stanowisku dyrektora Zakładów Żyrardowskich. Właścicielem Zakładów było od 1924 r. francuskie konsorcjum Comptoir de l’Industrie Cotonniére należące do Marcela Boussaca, nazywanego królem bawełny. Świadkowie tamtych czasów opowiadają o zdumiewających posunięciach, dotyczących organizacji zakładów w czasach Koehlera. Na przykład przestawianie linii produkcyjnej. Otóż dyrektor kazał przesuwać ciężkie maszyny w przędzalni lnu w taki sposób, że cienka posadzka, nieprzystosowana do dużego ciężaru, wróżyła katastrofę. Nikt jawnie nie komentował tych pomysłów. Bano się interweniować w wielu sprawach, bo było jasne, że interweniujący zostanie natychmiast wezwany do „kantoru”. Kantor to było straszne słowo, tam dawano tak zwany „fajerant”, czyli wymówienie i zwolniony wiedział, że powrót do pracy jest niemożliwy. Prawą ręką dyrektora był pan Waśkiewicz, niezwykle zdolny „racjonalizator”, który potrafił wymyślić sposób na zredukowanie załogę. Pracownica tkalni, obsługująca dotychczas jedną maszynę, zmuszana była do obsługiwania kilku. Wymyślono sposób zatrudniania dzieci. Był to tak zwany „termin”, na wzór terminów w zakładach rzemieślniczych. „Termin” trwał 3 lata, dziecko albo w ogóle nie dostawało wynagrodzenia, albo marne grosze, w zamian miało obiecane miejsce w zakładzie w przyszłości. Pracowników zaczęto zwalniać tuż przed urlopem, aby nie płacić za urlop, zmniejszano emerytury i inne świadczenia do minimum. Bezrobocie sięgnęło apogeum. W porównaniu do okresu sprzed panowania francuskiego konsorcjum, ilość zatrudnionych wynosiła 10%. O samym dyrektorze opowiadano niesamowite, upiorne historie. Wrzeszczał nawet na dyrektorów, zabierał im telefony, przecinał kable telefoniczne w napadach szału. Wbiegał do damskich toalet, aby sprawdzić, czy pracownice zbyt długo tam nie przesiadują. Najdziwniejsze było to, że gdy zakład otrzymał duże zamówienie, kazał zatrzymać produkcję.

Strzały na Mazowieckiej

Dyrektor Koehler nie lubił Żyrardowa, przeniósł swoje biuro do Warszawy i tu rezydował. Paweł Hulka-Laskowski tak opowiada o żyrardowskiej ulicy w dniu 26 kwietnia 1932 r.: „Snuli się obdarci robotnicy, ze szkoły wychodziły dzieci, po wyboistym bruku terkotał wózek chłopski. Było słonecznie i smutno w pustce ulic konającego miasta. Z bramy szkolnej wyszła blada i wzburzona znajoma, sąsiadka z trzeciego domu, pani Blachowska, higienistka. Podeszła i głosem ochrypłym mówiła coś, co było fantastycznie nieprawdopodobne. Że w tej chwili ktoś słyszał wiadomość podaną przez radio, iż mąż jej zabił Koehlera. Niemożliwe! Gdzie? W Warszawie! W biurze? Nie wiadomo. Nie, to chyba nieprawda”. CDN.