Historia dworku w Jordanowicach część 2

146

Pierwsza część opowieści

Jordanowice, dworek Mokronoskich. Niegdyś obszerny park, zamieniony dziś w niewielki dziedziniec szkoły muzycznej, tonący w jesiennym słońcu, nastraja romantycznie. Z dwóch otwartych na poddaszu okien słychać dźwięki muzyki, ktoś usiłuje zagrać poprawnie gamę. Ta niezgrabna muzyka przyszłego wirtuoza, ten słoneczny kolor jesiennych liści, te białe mury dworku z idealnie ułożonym dachem z imitującej gont klepki w kolorze ciemnego grafitu, daje wrażenie sceny z filmu z doskonale opracowaną scenografią. Pomyślałam o niej, kobiecie z XVIII wieku, która jak żadna inna arystokratka z epoki saskiej i stanisławowskiej zrobiła na mnie tak dobre wrażenie. Jeśli to, co jest w środku dworku było jej pomysłem, to tym bardziej chylę czoła z szacunku dla gustu Izabeli Branickiej z Poniatowskich. Bo ponoć to właśnie ona nadzorowała prace dekoratorskie wewnątrz dworku w 1782 r., gdy Andrzej Mokronoski postanowił na miejscu dawnego domostwa postawić podmiejską siedzibę. Pomieszczenie z odnowionymi niedawno freskami, westybulem w kształcie sześciokąta, zdumiewa artyzmem dekoracji. Kiedyś pełniło rolę przedpokoju, są tu lustra, które odbijają polichromie, dając złudzenie powiększonego optycznie wnętrza. W ścianach zaklęte są szafy, które umiejętnie schowane, na pierwszy rzut oka robią wrażenie zwykłej ściany. Stonowana ilość malowideł, adekwatna do wielkości pomieszczenia, tworzy ciekawą opowieść. Są tu jednorożce, girlandy kwiatów z baśniowych gatunków i głowy ludzi czy bogów, jakby wyjęte z portretów, naczynia z owocami i jadłem misternie ułożonym. Żal wielki, że nigdy nie dowiemy się jakie informacje zaszyfrował w swoim malowidle mistrz Jan Bogumił Plersch, bo że to jest masoński sposób przekazu, trudno nie mieć pewności.

Izabela Branicka żona Jana Klemensa Branickiego, jednego z najbogatszych arystokratów epoki saskiej i stanisławowskiej, kojarzona jest najczęściej z Wersalem Podlaskim, czyli pałacem w Białymstoku, siedzibie rodu Branickich. Za Augusta III, na prośbę hetmana Jana Klemensa Branickiego, król podniósł Białystok do rangi miasta. Najświetniejszy, „złoty” okres historii Białegostoku przypada na czas panowania tu Jana Klemensa, późniejszego wielkiego hetmana koronnego i kasztelana krakowskiego, a nawet pretendenta do tronu polskiego. Tron Piastów i Jagiellonów ominął jednak hetmana.

Branicki do swojej białostockiej rezydencji sprowadził trzy małżonki: zmarłą wcześnie Katarzynę Radziwiłłównę, córkę kanclerza litewskiego; Barbarę Szembekównę, rozwiedzioną z Sewerynem Rzewuskim, która nie utrzymała jednak przy sobie magnata i wojownika i zmuszona była do ponownego rozwodu, wreszcie w wieku już podeszłym, bo był pod sześćdziesiątkę, Branicki wstąpił w związek małżeński z 18-letnią Izabellą Poniatowską, rodzoną siostrą przyszłego króla. Małżeństwo to miało cele polityczne i nie mogło być uważane za szczęśliwe, chociaż o tym wiedziały tylko ozdobne mury, meble i zwierciadła „Wersalu Podlaskiego”. Izabela nigdy się nie skarżyła, była inteligentną i przedsiębiorczą osobą. Zajęła się upiększaniem pałacu, potem miasta i wreszcie zastanawiała się i realizowała pomysły, jak poprawić los mieszczan; sprowadzała lekarzy, książki i albumy. Już sam wiek hetmana nie sprzyjał harmonii rodzinnej, toteż choć serduszko pięknej, pełnej porywów Izabeli, nawykłej do błyskotliwego życia na dworze ojca kasztelana Stanisława Poniatowskiego, a później na zamku królewskim w Warszawie, biło gorąco i w murach rezydencji białostockiej, lecz… nie dla podstarzałego już małżonka. Snuł się tam ktoś inny, doradca i ulubieniec hetmański, imć pan Andrzej Mokronoski, późniejszy starosta ciechanowski i generał. Mokronoski uwielbiany był przez kobiety, pamiętano mu przygodę z piękną Włoszką, hrabianką Castelli. Castelli została porwana przez Andrzeja, wzięli pospieszny ślub, zniknęli na jakiś czas i potem… równie szybko się rozeszli. Tajemniczość tego wydarzenia i uroda Mokronoskiego oraz jego koneksje z Branickim, który uważał go za największego przyjaciela, dawały mu wstęp do najbogatszych salonów w państwie, szczególnie gdy zapraszały kobiety. Było do przewidzenia, że urocza gospodyni białostocka i żołnierz, przyjaciel męża, w końcu się w sobie zakochają. Jan Klemens Branicki nie nadawał się na statecznego małżonka, najlepiej czuł się w siodle, z buławą w ręku, w rycerskich posługach dla ojczyzny. Izabelę kochał jak córkę i kupował jej, co tylko chciała, nawet fortepian od Jana Sebastiana Bacha. Na romans żony z Mokronoskim patrzył z przymrużeniem oka, a że wszyscy uwielbiali huczne zabawy, to się bawiono. Hucznie więc obchodzono na św. Jana imieniny hetmana, a na św. Elżbiety – imieniny żony. Na przyjęciach płynęły rzeki tokaju, a na tych rzekach unosiły się łódeczki ze słodyczami. Były wyrafinowane potrawy i pokazy fajerwerków. Nieznany poeta tak opisał wystawną fetę w Święta Bożego Narodzenia w białostockim pałacu: „Nowy serwis został dany: Królewieckie marcepany, Apelcyny z Carogrodu, daktyle z szacha ogrodu, Piramidy z cukru lane i bożki z ciasta udane”. A z pasztetu – „któż by się spodziewał, że w nim żywy karzeł spoczywał? – wyszedł ten karzełek i grając na skrzyp10eczkach, kolędował pięknie.”

Po śmierci hetmana w 1771 r. Izabela wyszła za mąż za generała Mokronowskiego. Było to małżeństwo zawarte w tajemnicy, aby nie stracić dożywocia po pierwszym mężu. A ponieważ już od dawna wszyscy byli przyzwyczajeni do Izabeli i Andrzeja jako pary, nikt nie pytał, czy kochankowie są po ślubie. A w kilka lat po ślubie z Mokronoskim, Izabela zaprosi dekoratora królewskiego, czyli artystę będącego nadwornym malarzem jej brata Stanisława Augusta, do ozdobienia dworku w Jordanowicach. I tak minęły wieki, gdy na końcu tej historii ktoś zniszczone malowidła kazał odrestaurować, aby dać świadectwo ich niebywałej urodzie.