Gorączka jedwabna, czyli o jedwabiu z Milanówka

83

Na ulicy Chmielnej w Warszawie, po prawej stronie patrząc od ul. Marszałkowskiej, ulokował się w latach 60. XX wieku sklep zakładów produkujących naturalny jedwab w Milanówku. Wówczas ulica nazywała się Rutkowskiego (komunistycznego bojownika), ale większość warszawiaków, mając w pamięci jej przedwojenną nazwę, nazywała tę ulicę Chmielną. Nieopodal sklepu w tych latach było kino „Atlantic” (wciąż zresztą tam stoi), które bardzo lubiłam i często tam bywałam. Dlaczego o tym piszę? Otóż było tak: kupowałam bilety do kina i jeśli było dużo czasu do seansu filmowego, wchodziłam do sklepu Milanówka. Sklep zaopatrzony był w bele materiałów, kawałki, tak zwane „resztki” lub „kupony” i wszelkiej wielkości, koloru i wzoru apaszki, chusteczki i chusty. Nic tu nie było tanie. Ileż ja tam zostawiłam pieniędzy! Odzież z naturalnego jedwabiu była w tych czasach siermiężnego socjalizmu szczytem luksusu i nawet posiadanie tylko maleńkiej apaszki na szyję, nawet gdy chusteczka ta była zakładana do dżinsów typu „Szariki”, mogła być wyrazem elegancji. Na pewno doskonałym pomysłem na elegancki prezent dla pana był jedwabny krawat.

Firma produkująca polski jedwab została założona w 1924 r. w Milanówku jako Centralna Doświadczalna Stacja Jedwabiu, w willi pana Wilsona przy ulicy Piasta 13. Założyciel firmy Henryk Witaczek nauczył się w Gruzji hodowli jedwabników i produkcji jedwabiu. Po zakończeniu I wojny światowej wrócił do Polski i wraz z siostrą Stanisławą rozpoczął kursy hodowli jedwabników i hodowli morwy dla zainteresowanych. Nastąpiła w państwie polskim istna „gorączka jedwabna”. Sam minister komunikacji stwierdził, iż najlepszą osłoną torów kolejowych w Polsce będą żywopłoty morwowe. Wokół stacji kolejowych wycinano sosny i bzy, sadzono morwy, aby potem strzyc je z liści i gałązek.

W lipcu 1926 r. zostało zawiązane w Warszawie Towarzystwo Popierania Jedwabnictwa, mające na celu wznowienie i rozwój przemysłu jedwabniczego w Polsce, a więc przede wszystkim rozpowszechnienie hodowli drzew morwowych i jedwabników. Eksperymenty przeprowadzone w ciągu kilku lat przez Stację Doświadczalną w Milanówku u Witaczków wykazały, że warunki klimatyczne w Polsce sprzyjają wzrostowi drzew morwowych, hodowli jedwabników, a wyniki badań prowadzonych przez Pasteura w Ales we Francji dają możliwość bezpiecznej hodowli bez strat. Gwoli wyjaśnienia: około roku 1865 r. Ludwik Pasteur zainteresował się zakaźną chorobą jedwabników, zwaną pebryną. Zalecił selekcję oraz niszczenie zakażonych osobników. Początkowo wydawało się, że selekcja nie przynosi rezultatów. Okazało się, że obawiający się strat hodowcy nie stosowali się do rad naukowca, a nawet niektórzy skupowali chore owady i ponownie sprzedawali je jako zdrowe. Dalsze badania genialnego chemika naprowadziły go na trop wskazujący, że to gnijące liście morwy mogą być przyczyną chorób jedwabników i suszenie powinno wyeliminować epidemię. Na jego wynikach badań oparli się naukowcy z Milanówka.

W latach 30. XX wieku firma posiadała już sieć eleganckich sklepów. W 1935 r. na Targach Poznańskich Witaczek zaprezentował wysokiej jakości tkaninę spadochronową. Produkcja dla wojska była dużym sukcesem finansowym firmy.

W chwili wybuchu wojny CDSJ produkowała 8 tysięcy metrów tkanin jedwabnych, spadochrony dla armii i posiadała 3 tys. hodowców. W 1946 r. tak pisano o Milanówku: „W 1924 roku Witaczek przystąpił do produkcji jedwabiu. Z drzewa wystrugał prymitywną rozwijalnię jedwabiu własnego pomysłu i krosna. I utkał pierwszą jedwabną tkaninę krajowej produkcji”.

W 1951 r. Henryk został uwięziony i skazany na 8 lat więzienia, przesiedział dwa. W czasach, gdy ja delektowałam się w sklepie przy ul. Rutkowskiego w Warszawie pięknem polskiego naturalnego jedwabiu, sprawca „gorączki jedwabnej” z Milanówka hodował gdzieś na mazowieckiej wsi paprykę i jeździł na targ do Grodziska aby ją sprzedać. Aby nie zakończyć mojej opowieści ponurym obrazem lat „błędów i wypaczeń”, dodam, że Milanówek był od początku miejscem pracy wielu interesujących specjalistów. Kilka lat temu miałam niewątpliwą przyjemność obserwacji pracy chałupniczki z ul. Poznańskiej w Warszawie, która w niewielkim pokoju miała rozstawioną długą ramę, na której rozpięta była jedwabna tkanina, Na tej tkaninie kobieta, dobierając odpowiedniej grubości pędzle, malowała bajeczne wzory. Niesamowita artystka, starsza pani, cicha i skromna, a jednak intrygująca w swojej pracy.

Postanawiam pojechać w okolice Mszczonowa, bo okazuje się, żeby dopisać powojenne losy rodziny Witaczków, szczególnie pana Henryka, tam należy szukać informacji. CDN.