217 kilometrów i eksplozja emocji

0
40

Damian Falandysz ma za sobą udział w mistrzostwach Polski w biegu 24-godzinnym. Mieszkaniec Pruszkowa pokonał dystans 217 kilometrów i był drugi w swojej kategorii wiekowej.

Damian Falandysz opowiada nam o biegu, emocjach, treningach i pasji, bez której ciężko funkcjonować.

Mistrzostwa Polski w biegu 24-godzinnym zakończył Pan na 10. miejscu w kategorii open, w swojej kategorii wiekowej był Pan drugi. Radość, zadowolenie, ale gdy minął Pan linię mety zapewne towarzyszyło ogromne zmęczenie?

Szczerze mówiąc, za linią mety, którą w przypadku takich biegów był wystrzał sędziego kończący bieg i nakazujący zawodnikom zatrzymanie się, emocje eksplodowały. Byłem szczęśliwy, że obroniłem 10. miejsce naprawdę mocną końcówką. Wiedziałem też o tym, że będę drugi w „wiekówce”. W zasadzie zacząłem krzyczeć i skakać z radości. Cały ból i zmęczenie na chwilę zniknął. Wyściskałem się z jednym z zawodników, który skończył na tym samym odcinku trasy, a potem z dyrektorem biegu, który wiedział, że to mój debiut. Zmęczenie i to, jak wyeksploatowałem organizm, zacząłem odczuwać kilka godzin później, podczas powrotu do Pruszkowa, kiedy też już pierwsze emocje zaczęły powoli opadać.

W trakcie biegu pojawił się kryzys?

Oj tak i to nie jeden (uśmiech). Ale byłem na nie gotowy. W biegach ultra, a szczególnie tych już naprawdę długich, jak np. 24-godzinnych, kryzysy są wkalkulowane. Startowaliśmy o 7.00. Wiedziałem, że jeżeli dobrze rozłożę siły i dobiorę tempo biegu to bez większego kryzysu jestem w stanie dotrwać do godziny 19.00-20.00. Wtedy jednak przychodzi noc. Tutaj w zasadzie zawsze przychodzi duży kryzys psychiczny. Ważne jest, aby mieć jego świadomość, nie poddawać się i pokonać go. Bo czy będziemy biec dalej, czy siedzieć pod namiotem – ten kryzys minie. Faktycznie w nocy były kryzysy psychiczne, z którymi też świetnie pomogli mi sobie radzić mój tato Janusz i dobry kolega biegowy Dominik Berliński, którzy byli moim supportem podczas zawodów. Największym problemem w moim przypadku, jeżeli mowa o kryzysie, był problem żołądkowy. W zasadzie co kilka godzin miałem problemy żołądkowe, a od godz. 2.00, czyli między 19. a 24. godziną biegu, nic już nie zjadłem. Ratowała mnie herbata z cukrem i odrobina napoju izotonicznego.

Jak ocenia Pan swój wynik? Sukces? Czy po analizie pojawiło się myślenie, że mogło być ciut lepiej?

Zawsze wychodzę z założenia, że mogło być lepiej. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się pobiec idealnie, żebym mógł powiedzieć, że nie dało się zrobić nic więcej lub lepiej. Uważam, że mam duży zapas i możliwości poprawy tego wyniku, jak tylko lepiej dobiorę strategię żywienia. Również pod takie biegi muszę zmodyfikować treningi – trenować przyjmowanie posiłków podczas wysiłku. Nauczyć organizm i żołądek trawienia oraz przemian podczas biegu. To jest pierwsza i główna nauczka dla mnie z tych mistrzostw. Poza tym – oczywiście troszkę za mocno pobiegłem pierwsze 30km-40km. W tego rodzaju biegach prędkość trzeba szanować, biegać równo przez cały bieg, a nie szarpać na początku licząc, że wypracowany zapas wystarczy na później. To się nie sprawdza. Pogoda też nie do końca pomagała. W ciągu dnia było troszkę duszno, parno, choć plusem był brak słońca. Wieczorem i w nocy to już była „jazda bez trzymanki”. Burza, ulewa przez kilka godzin… Naprawdę trzeba było mocno zaciskać zęby, żeby na tym zmęczeniu i w takich warunkach dalej kręcić pętle na trasie.

Ponad 217 kilometrów – wynik robi wrażenie. Jak przygotowywał się Pan do startu? Kiedy zapadła decyzję, że podejmuje Pan tak ekstremalne wyzwanie?

W zasadzie nie przygotowywałem się bezpośrednio pod ten start. Moim głównym celem na ten rok był Bieg 7 Szczytów w górach na dystansie 240 km, który odbył się 16 lipca. Na start w mistrzostwach Polski zdecydowałem się ostatecznie jakoś w czerwcu, ale najpierw zapisałem się na bieg na dystansie 100 km (bieg odbywał się na tej samej trasie 30 sierpnia i też miał rangę mistrzostw Polski). Potem stwierdziłem, że po 240 km w górach nie dam rady pobiec szybkim tempem 100 km, więc wybrałem dystans dłuższy (24h), ale jednocześnie wolniejszy. Na bezpośrednie przygotowania do mistrzostw Polski nie miałem dużo czasu. Plan był taki, aby pobiec na tym, co wypracowałem na bieg w górach. Tam zająłem 3. miejsce w kategorii i 1. miejsce w kategorii wiekowej. Do tego na początku trochę regeneracji, nabrania świeżości i potem dwa tygodnie treningów żwawszym tempem, drugi zakres tętna, kosztem objętości treningowej. No i oczywiście – zdrowe odżywianie, które traktuję jako klucz do sukcesów.

Skąd wzięło się bieganie w Pana życiu?

W zasadzie znienacka. Któregoś popołudnia w 2012 roku zadzwonił do mnie kolega – Tadeusz Fojud, z propozycją czy nie pojechałbym z nim na Bieg Niepodległości w Warszawie na dystansie 10 km, bo jego znajomy, z którym miał startować, ma nogę w gipsie. Pierwsza myśl – 10 km? Jak to można przebiec! Po chwili namysłu stwierdziłem, że nie mam w zasadzie planów. Biegać lubiłem, bo już wcześniej ćwicząc na siłowni czy trenując piłkę nożną, zawsze bieganie na treningach sprawiało mi przyjemność. Więc powiedziałem – „tak”. No i tak mnie wciągnęło, że dziś nie wyobrażam sobie życia bez treningów, planowania, zawodów, rywalizacji biegowej i wszystkich tych emocji i ludzi, których poznałem przez te osiem lat.

Niektórzy twierdzą, że bieganie jest nudne. Ile w tym prawdy? Trudno zmotywować się do regularnego treningu biegowego?

Według mnie, na podstawie obserwacji i rozmów z ludźmi, sprawa jest prosta. Są dwie grupy osób na świecie: ci, którzy bieganie kochają i ci, którzy biegania nienawidzą (śmiech). Pierwsza grupa zawsze znajdzie sposób, aby wyjść na trening. Mniej lub bardziej regularnie, ale zawsze będzie gdzieś tam z tyłu głowy lampka zapalona, że trzeba się ruszyć, pobiegać. Znam natomiast też osoby z drugiej grupy. Często prosiły mnie o pomoc, o plany treningowe, bo wierzyły, że jak ktoś im rozpisze co, jak i kiedy mają biegać, będą to robić regularnie i zrealizują swój cel np. zrzucenie paru kilogramów czy też po prostu poprawę kondycji, jakości życia. To się nie sprawdza. Jeżeli ktoś nie lubi biegać, nic go nie zmobilizuje do regularnych treningów. Uważam, że to jest ok. Takim osobom zawsze zalecam znalezienie innego sportu, bo sport, aby był skuteczny w realizacji naszych celów, musi przede wszystkim sprawiać nam przyjemność. To jest klucz. Nie mam problemu ze wstaniem o 4.00 rano i wyjściem na trening biegowy, nawet gdy leje deszcze czy pada śnieg a termometr pokazuje -10°C. Po prostu kocham to robić.

Jakie kolejne wyzwania stawia Pan przed sobą?

Na tę chwilę przede wszystkim odpoczynek. Chcę aby organizm wrócił do pełnej równowagi, żeby moje stopy doszły do siebie, a paznokcie powoli zaczęły odrastać, bo po mistrzostwach Polski już widzę, że ostatnie trzy stracę. W tym roku mam jeszcze kilka zawodów w planach, ale to raczej na zasadzie zabawy i przyjemności. Przede wszystkim bieg na 53 km w Łańsku (Warnelnad Łańsk). W przyszłym roku – jeszcze nie zdecydowałem. Mam kilka pomysłów, ale chcę najpierw ochłonąć, spokojnie przemyśleć wszystko i dopiero budować kalendarz na 2021 rok.

Damian Falandysz – jak sam o sobie mówi: Pruszkowiak z krwi i kości, współzałożyciel grupy biegowej WPRunning Pruszków. Biega od 8 lat, na swoim koncie ma m.in. zwycięstwo w 12-godzinnym biegu w Koszalinie i życiówkę na Maratonie Warszawskim. Wegetarianin. W wolnych chwilach pomaga innym rozpisywać treningi biegowe. Prywatnie mąż Patrycji i ojciec Klary.

Czytaj również: Narodowy Dzień Sportu w Pruszkowie

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz
Podaj swoje imię